Historia O – próba recenzji

http://p2.la-img.com/375/2908/1257035_1_l.jpg

Trochę się sama wkopałam ogłaszając, że przeczytam tę książkę i spróbuję Wam coś o niej napisać.

Mam bowiem bardzo mieszane uczucia na temat tej powieści, jej języka, fabuły i tego, jaką rolę spełniła w kulturze (głównie francuskiej). No ale słowo się rzekło.

Czytałam ją bez przygotowania. Bez zastanowienia chociażby nad tym, w którym roku została napisana. Bez wyszukania informacji o autorce. Wzięłam ją zatem au naturel. I z początku – przyznam – czytałam z lekkimi wypiekami. Młoda kobieta zostaje wywieziona do zamku w Roissy i przechodzi tam bolesny trening bycia niewolnicą seksualną w bogatym anturażu życia pałacowego. Przez wiele dni O jest gwałcona i bita – przemoc miesza się z seksem, seks z poddaniem i upokorzeniem, ból przechodzi w oczekiwanie, a miłość w zniewolenie. Kobieta ma być piękna i zawsze gotowa na spełnianie żądań mężczyzn i to w każdy możliwy sposób. Po dwóch tygodniach takiej tresury O zostaje uwolniona, ale w żadnej mierze nie jest już wolna.

Jej ukochany, który ją pierwotnie w to miejsce zawiózł i którego ona kocha nad życie, przekazuje ją w ręce (i pejcze i inne szpicruty) innego mężczyzny, swojego bliskiego przyjaciela. Ten kontynuuje tę krucjatę przemocy i niewolnictwa, której uwieńczeniem jest stałe przymocowanie ciężkich metalowych elementów do warg sromowych O i wypalenie jego inicjałów na jej lędźwiach. Opisy tych wydarzeń, miejsc, postaci i stosowanych narzędzi są przeplatane monologiem wewnętrznym młodej kobiety, która pragnie przede wszystkim i nade wszystko, aby ją kochano, więc godzi się na ból zadany jej przez kolejnych mężczyzn. Nie ma w niej żadnego oporu przed tym, jak jest traktowana. Nie kwestionuje decyzji swoich oprawców, wszak uznaje ich za kochanków.

W pierwszej chwili opisy seksualne mnie zwyczajnie poruszyły i – nie bójmy się tego słowa – podnieciły. Tak jak mogą podniecać książki Markiza de Sade. Niektórzy nie są w stanie ich czytać, inni nie są w stanie oderwać się od kolejnych zdań pełnych ostrego, trudnego, przemocowego i być może chorego seksu. Po kilkudziesięciu stronach straciłam jednak zainteresowanie warstwą seksualną – była coraz bardziej powtarzalna i sztampowa i coraz mniej związana z dochodzeniem do jakiegoś spełnienia seksualnego, a coraz bardziej z zadawaniem bólu i przemocowym zniewalaniem drugiego człowieka.

I wtedy zdałam sobie sprawę, że taką książkę da się znieść chyba tylko w tej warstwie biologii seksualnej – jako narzędzie do osiągnięcia podniecenia niczym filmik pornograficzny na Redtube. Resztę powieści przeczytałam na zimno. Przebrnęłam przez niewiarygodne psychologicznie opisy przemyśleń i uczuć głównej bohaterki. Zmęczyłam też opisy ludzi i wnętrz – jedne i drugie płaskie i nieszczególnie porywające, choć napisane bogatym, lekko archaicznym językiem. Z satysfakcją (nomen omen) doszłam do ostatniej strony i odłożyłam czytnik.

A potem usiadłam do internetu.

Książkę napisała prawie 50-letnia (!) kobieta, Dominique Aury (urodzona jako Anne Desclos) w 1954 roku w Paryżu, i pierwotnie był to list-powieść dla jej 20 lat starszego niejawnego kochanka, Jeana Paulhan, cenionego pisarza i krytyka. On twierdził, że kobieta nie jest w stanie napisać powieści erotycznej, ona chciała mu udowodnić, że potrafi. Powieść wydano pod pseudonimem Pauline Réage, wpierw w nieporywającej liczbie 600 egzemplarzy i opatrzono wstępem tegoż kochanka. Skandal wybuchł dopiero w kolejnym roku, gdy książka otrzymała nagrodę Prix des Deux-Magots. Zakazano jej dystrybucji wśród nieletnich oraz reklamy i promocji z powodu naruszania obyczajności („bonnes moeurs). Z listy ksiąg zakazanych została skreślona dopiero w 1975 r. Szacuje się, że do dziś sprzedano jej ok. 1 mln egzemplarzy. Powieść została kilkakrotnie przeniesiona na ekrany i powstał na jej podstawie komiks. Autorka zaś ujawniła się dopiero w 1994 r., jako 87-letnia kobieta, w wywiadzie dla New Yorkera.

Uznaje się Dominique Aury za twórczynię nowego gatunku literackiego – kobiecej powieści libertyńskiej, a powszechnie uważa się jej powieść za jedno ze źródeł inspiracji dla środowisk sado-masochistycznych, zwłaszcza kobiecych (np. Samois). W 1969 r. książka doczekała się kontynuacji, Powrót do Roissy, której autorką jest najprawdopodobniej również Dominique Aury.

W latach 70-tych we Francji książka została mocno skrytykowana przez organizacje katolickie, a tym głosom wtórowały środowiska feministyczne, silnie wzburzone dziełem, w którym kata oczyszcza się z wszelkich zarzutów, nie nazywając go zresztą katem. Autorce zarzucano również uprzedmiotowienie kobiety, między innymi z powodu imienia głównej bohaterki – litera O miała oznaczać imię Odile, ale również wyraz „objet” (przedmiot) albo wręcz „orifice” (otwór).

A autorka, tłumacząc wiele lat później swoje intencje, wyznała, iż chodziło jej o pokazanie, że miłość może być przekleństwem. Że może być zniewoleniem nie tylko ciała, ale również serca, zmysłów i duszy. I że kiedy się kogoś kocha, to przestaje się być panem samego siebie.

I właśnie to jej wyznanie, które znalazłam na stronach popularnego tygodnika francuskiego, L’Express, powoduje, że kompletnie nie wiem, jak ocenić tę powieść. Czy przez pryzmat skandalu, jaki wywołała w nieco dusznej Francji z połowy XX wieku? Czy analizując jej wątpliwe walory literackie i fabularne? A może ciesząc się tym, że wprowadziła tematykę przemocy seksualnej do powszechnej literatury czy jednak martwiąc, że ta przemoc została utożsamiona z seksem sadomasochistycznym, który przecież pojęciem dużo bogatszym, (choć najwyraźniej pechowym w literaturze kobiecej). Czy też wreszcie z punktu widzenia psychologii kobiety zakochanej i zniewolonej oraz jej potencjalnej odporności na ból? Nie wiem.

Więc absolutnie niezgodnie z zasadami pisania recenzji arbitralnie zadekretuję, że Historia O to zła książka. W każdym tego słowa znaczeniu.

Tagi: , , , , , , , ,

Trackbackuj ze swojej strony.

Zostaw komentarz

 

Kontakt

Napisz do mnie mail: lumpiata@gmail.com

Polub mnie na facebooku: facebook.com/lumpiata

Subskrypcja

Chcesz dostawać mailem powiadomienia o nowych wpisach?